Lifestyle,  Strona główna,  Wnętrza

Zmiany zmiany zmiany

Na blogu ostatnio słychać tylko przysłowiowe świerszcze. Nic się tu nie dzieje. Obiecuję, że ten zastój nie będzie trwał wiecznie i powoli wracam do regularnego pisania. Powodem tej ciszy jest wielka życiowa rewolucja, jaka właśnie ma miejsce. Po pierwsze: rzuciłam pracę. Technicznie rzecz biorąc jestem w trakcie wypowiedzenia. Nosiłam się z tym zamiarem od prawie roku. Jak to bywa w takich sytuacjach: zamiary to jedno, a wykonanie drugie. Ciągle czekałam na ten odpowiedni moment i dopiero zmiana godzin pracy popchnęła mnie to tego ostatecznego kroku. Cieszę się, że wreszcie będę mogła zająć się w pełni projektowaniem wnętrz i moim domem oraz rodziną. Myślę, że na ten temat jeszcze kiedyś napiszę trochę więcej.

Po drugie: sprzedaliśmy dom w Kielcach i przenosimy się do województwa łódzkiego! I to jest chyba największa i najbardziej szokująca zmiana. Pełna ekscytacji, ale i strachu. Jak my się odnajdziemy w nowym miejscu? Jak dzieci sobie poradzą? Na ten temat też na pewno napiszę coś w przyszłości. Dobra wiadomość jest taka, że szykuje się cała masa wpisów na temat przeprowadzki (dużej!), nowego domu, remontów, ogrodów, kur (oj tak) itd.

Dzisiaj chciałabym skupić się na samym procesie szukania nowego domu. W naszym przypadku nie był on szczególnie długi, ale wyjątkowo upierdliwy, ze względu na odległości. Staraliśmy się upakować w jeden dzień jak najwięcej domów, tak żebyśmy nie robili pustych przebiegów. Każda taka wycieczka wiązała się albo z koniecznością wzięcia wolnego w pracy, albo ze „zmarnowaniem” wolnego weekendu i poświęceniem czasu dla rodziny (szczególnie, że co drugi weekend mam zjazdy na studiach).

Na sam początek ustaliliśmy nasz budżet. Wiedzieliśmy, że dysponujemy określoną kwotą, ale planowaliśmy odłożenie części pieniędzy na inne wydatki plus zależało nam na tym, żebyśmy mieli możliwość odświeżenia domu i dostosowania go pod nasze gusta, na co też potrzebne są jakieś fundusze. Warto też pamiętać o wszystkich dodatkowych opłatach, o których często nie myśli się w trakcie oglądania domów: notariusz, podatek, czy prowizja dla agencji nieruchomości (też temat na osobny wpis).

Na początku szukaliśmy domu w pobliżu Łasku, w stronę Łodzi. Chcieliśmy, żeby dzieci mogły spokojnie dojeżdżać już w liceum do szkoły w dużym mieście, a jednocześnie żeby mój mąż miał blisko do pracy. Tutaj szybko rzeczywistość zweryfikowała nasze oczekiwania i okazało się, że domy o takim standardzie jaki nas interesuje i w odpowiedniej lokalizacji przekraczają nasze możliwości finansowe. Wtedy też otworzyliśmy umysły na inne miasta, np. na Bełchatów, gdzie też ostatecznie kupujemy dom (jesteśmy w trakcie tego procesu).

Trzecim kryterium była powierzchnia domu. Doszliśmy do wniosku, że dom o powierzchni 180-230 metrów kwadratowych spełni nasze oczekiwania. Ta górna granica to już spora powierzchnia, ale ta kwestia łączy się ściśle z ilością pomieszczeń o jakiej marzyliśmy. Zależało nam na tym żeby mieć garderobę. Nawet teraz, w domu o powierzchni 90 metrów mamy takie miejsce i nie chciałabym rezygnować z tego na rzecz szafy. Przyzwyczaiłam się do tego „luksusu” i była to dla mnie ważna rzecz. Dodatkowo, zawsze chciałam posiadać spiżarnię przy kuchni. Kolejną sprawą były same sypialnie. Dzieci chcą mieć jeden pokój. Teraz mają osobne, ale marzą o wspólnym. Dopóki są małe nie widzę w tym żadnego problemu. Jednocześnie wiedzieliśmy, że ten drugi pokój na przyszłość musi w domu być. Ponieważ zamieszkają z nami rodzice mojego męża chcieliśmy żeby mieli dla siebie sypialnie i dodatkowy pokój zaaranżowany na ich osobny salon, w którym będą mogli schronić się przed naszą hałaśliwą czwórką. W sferze marzeń pozostawało miejsce na siłownie, sauna, gabinet czy kawałek własnego lasu i duża działka z długim podjazdem pod dom oraz taras z wyjściem do ogrodu. Ważne też było, aby dom nie wymagał większych remontów. Zmiany kosmetyczne jak najbardziej, ale po wyremontowaniu jednego domu od a do z nie mieliśmy ochoty zaczynać znowu od zera.

Jak widać mieliśmy dosyć konkretne i sprecyzowane oczekiwania odnośnie naszego nowego domu. Z jednej strony ułatwiało nam to szybkie wyszukiwanie na różnych portalach za pomocą filtrów, z drugiej zawężało możliwe opcje do kilku-kilkunastu. Łącznie obejrzeliśmy około 20 domów. Były takie, które nas zachwyciły, ale miały tak zwane „deal breakers”, na które nie mogliśmy przymykać oka i musieliśmy odpuścić. Był też jeden dom, który załamał nam serce. Może nawet nie tyle dom, co niezdecydowani właściciele, którzy niby chcieli sprzedać dom, a jednak nie byli na to zupełnie gotowi. I jak przyszło co do czego to po prostu zmienili zdanie. Był też dom, w którym zakochałam się ja, a mój mąż powiedział stanowcze „nie” i odwrotnie.

W następnym wpisie postaram się napisać więcej na temat naszych poszukiwań i konkretnych domów, które oglądaliśmy. Do zobaczenia!