Lifestyle,  Strona główna,  Wnętrza

Nasz nowy dom

W naszym nowym domu mieszkamy już od sześciu tygodni. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że po takim czasie wszystkie pokoje będą świeżo pomalowane, a większość mebli dumnie będzie zdobić wnętrza, a ja będę spokojnie piekła ciasteczka, żeby dzieci mogły sobie je chrupać po powrocie ze szkoły. Rzeczywistość wygląda tak, że udało nam się odświeżyć pokoje dzieci oraz poddać renowacji schody i drewniane podłogi. W dodatku, nawet te dwa pokoje są dalekie od ukończenia (z czym nie zgadza się mój mąż, ale nasza definicja „skończonego” pokoju znacznie się różni). To chyba niewiele, ale samo sprzątanie domu zajęło nam około tygodnia. Drugi tydzień uciekł na załatwianiu różnych kwestii formalnych i wizytach w Ikea. Do tego doszło rozpoczęcie roku szkolnego, co za tym idzie chcieliśmy żeby mimo tego zamieszania dzieci odczuły, że wakacje to taki specjalny czas. Dlatego też odwiedzaliśmy różne ciekawe miejsca w okolicy. Na jakiś czas zamieniliśmy się w fachowców. Takich prawdziwych, co to więcej im się wydaje, niż potrafią. Nawet często padało zdanie klucz: „kto to tak spier****? Słowo honoru, fachura jak się patrzy. W związku z tym, staraliśmy się często zamieniać na powrót w mamę i tatę. Jak już pisałam, wydawało mi się, że szybko wszystko zrobimy „po swojemu”. Teraz już wiem, że tak się nie stanie. Będziemy tworzyć ten dom tak długo jak tego potrzebujemy i nie zamierzam niczego przyspieszać.

We wpisie (http://www.beatazakrzewska.pl/strona-glowna/poszukiwania-domu/) opisywałam nasze perypetie związane z poszukiwaniem domu. W międzyczasie potrzeby nieco się zmieniły i ostatecznie dom, który kupiliśmy jest trochę dla nas za duży. To trzeba sobie powiedzieć otwarcie. Mieliśmy mieszkać w sześć osób, ale na froncie została tylko nasza czwórka. Ogólnie cały proces sprzedawania jednego domu i kupowania drugiego najeżony był problemami, ogromnymi zawodami i doprowadził nawet niektórych członków naszej rodziny do poważnych problemów zdrowotnych. Całe szczęście to już za nami. Planowałam nawet osobny wpis o tym, ale uznałam, że nie będę dzielić się ze światem złością, która nadal we mnie siedzi. Powiedzmy tylko, że odebrałam prawdziwą lekcję życia i wiem, że ludziom nie można ufać, a dane słowo nic nie znaczy. Mało tego! Nawet spisana umowa dla niektórych niewiele znaczy. No nieważne, bo znowu się nakręcam. Ostatecznie, uważam, że wszystko dobrze się skończyło, a nasz ukochany dom w Kielcach trafił w ręce ludzi, którzy, mam wrażenie, potrafili go docenić od samego początku. Oni są zadowolenia, a nas cieszy, że taka miła rodzina mieszka w domu zbudowanym jeszcze przez pradziadka mojego męża.

To co nas urzekło w nowym domu od samego początku to teren na jakim się znajduje. Długi podjazd, piękny ogród, dodatkowy wolnostojący garaż z pomieszczeniem gospodarczym, altana z drewutnią, miejsce do biesiadowania przy ognisku, kurnik z długim wybiegiem, warzywniak i spory kawałek lasu składają się na naprawdę dużą działkę. Generalnie, pierwszy spacer po terenie to było coraz szersze otwieranie oczu i rozdziawianie paszczy. To i moje pytanie szeptane do ucha męża co minutę „to ile ten dom kosztuje?”

 Kiedy szukaliśmy domu, spędzaliśmy długie godziny na google maps, prześwietlając okolice potencjalnych lokalizacji. Często widzieliśmy piękne domy z długimi podjazdami. Darek od zawsze marzył o kołowym podjeździe (chyba ktoś tu za często oglądał Wielkiego Gatsby’iego). Żartowaliśmy, że to by było coś, ale nasze finanse na pewno nam nie pozwolą na takie cuda. Jak widać, udało nam się spełnić to marzenie. Wprawdzie nie ma kołowego podjazdu, ale można bez problemu zawrócić pod samym domem.

Jestem ogromną fanką Rachel Talbott https://www.instagram.com/racheltalbott/?hl=pl(). Od dawna obserwowałam jej poczynania i zawsze podobało mi się życie jakie stworzyła z mężem dla swojej rodziny. To właśnie dzięki niej w mojej głowie zakiełkowało marzenie o posiadaniu kur. Kiedy oglądając działkę zobaczyłam kurnik, zapiałam z radości tak, że kogut chyba poczuł się zagrożony. I słusznie, bo koguta już z nami nie ma. Odnoszę nieodparte wrażenie, że każdy kto słyszy, że mamy kury wyobraża sobie podwórko ogrodzone stodołami, błoto pośrodku i te właśnie kury roznoszące naturalny nawóz gdzie tylko się da. Rzeczywistość jest zgoła inna. Kurnik jest ukryty za drzewami i garażem. Nie czuć żadnych przykrych zapachów i tak naprawdę, gdybym chciała trzymać moje drogocenne kury w tajemnicy, to nie musiałabym się specjalnie wysilać.

Kolejnym małym marzeniem było miejsce na ognisko. Od lat próbowałam namówić mojego męża do zrobienia czegoś takiego w ogrodzie w Kielcach. Niestety bezskutecznie. Może tak miało być, bo ktoś już takie miejsce dla mnie przygotował w Bełchatowie, tylko musiałam trochę poczekać.

Warzywniak to kolejne spełnione marzenie. Wprawdzie jest zupełnie zapuszczony, ale powoli doprowadzę go do stanu idealnego. Na ten moment mam jedną grządkę, na której będą rosły zioła. Teraz jest tam tylko mięta, wykradziona z kieleckiego ogrodu. Kiedy ogrodziłam sobie tę grządkę kamieniami, wydawało mi się, że wygląda to trochę jak cmentarzyk. Zapytałam Darka czy też tak myśli, na co on odpowiedział: „Wcale tak nie wygląda! Ale…dlaczego jest tak mało kwater?” Czyli jednak wygląda…

Kończąc opowieść o ogrodzie, muszę wspomnieć o naszym własnym kawałku lasu, w którym to ponoć jesienią można znaleźć grzyby. To było marzenie mojego męża. Planujemy tu dosadzić jeszcze trochę drzew i ogólnie uporządkować tę przestrzeń.

Swoją drogą, nie pierwszy raz w życiu przydarza mi się taka sytuacje, że marzenia wypowiedziane na głos, spełniają się. To naprawdę niesamowite!

W najbliższych dniach wpis o samym domu.