Lifestyle,  Strona główna

Pierwszy dzień szkoły

Ostatni miesiąc był dla naszej rodziny niesamowicie intensywny. Przeprowadzka, ciągły remont w domu, brak wystarczającej ilości mebli, rozpakowywanie tego co się da (wróć do problemu meblowego) i przede wszystkim próba dostosowania się do nowego miejsca i innego życia niż to, które do tej pory było nam tak dobrze znane. W najbliższym czasie postaram się opisać całe to doświadczenie, jak i to na jaki dom ostatecznie się zdecydowaliśmy i dlaczego.

Wszystko to jednak nie ma większego znaczenia w porównaniu z emocjami jakie towarzyszą całej rodzinie od dwóch dni. Ponieważ dziś jest 3 września, nie trudno się domyślić, że chodzi o rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Dlaczego w ogóle postanowiłam o tym napisać? Najprawdopodobniej nie taka tematyka interesuje czytelnika, nie sprzedaje się dobrze i nie generuje „lajków” i „sherów”, ale ten blog to moje miejsce i sposób na zapisywanie też rzeczy ulotnych, takich jak wspomnienia czy emocje towarzyszące mi w danej chwili. Cieszę się na myśl, że za jakiś czas będę mogła wrócić do tego wpisu i przypomnieć sobie jak to było kiedy Tymek szedł do pierwszej klasy, a Emilka do zerówki. I gdyby ktoś zapytał kiedy naprawdę poczułam się dorosła, to śmiało mogę odpowiedzieć, że wtedy kiedy pierwszy raz szykowałam Tymonowi i Emilce kanapki do szkoły. Holy Moly, ale mam duże dzieci, to już nie są żarty!

Proces wybierania szkoły był długi i bolesny. Czy dzieci mają iść do dużej czy małej szkoły, państwowej czy prywatnej? To rozterki w Kielcach. Potem przyszła przeprowadzka. Kiedy już wiedzieliśmy, że i tak zmieniamy miejsce zamieszkania, daliśmy sobie spokój z kieleckimi szkołami. Z początkiem sierpnia ruszyliśmy do boju i powtórzyliśmy cały taniec w Bełchatowie i okolicach. Żeby nie przedłużać, napiszę tylko, że zdecydowaliśmy się na szkołę w rejonie. Jest malutka, kameralna, panuje w niej rodzinna atmosfera. Jednocześnie jest bardzo dobrze utrzymana.  Mieści się w sąsiedniej wsi, także mamy do niej tylko trzy kilometry. Dodatkowo, udało nam się też zapisać do niej Emilkę, która teraz chodzi sobie do zerówki.

Wczorajszy dzień to rozpoczęcie roku szkolnego. Niby wielka chwila i stres, ale tak naprawdę to 15 minut w klasie z rodzicami i do domu. Dzisiejszy poranek przeżyliśmy zdecydowanie mocniej. W szkole totalne zamieszanie. Tu jakieś wyprawki, tam jakieś deklaracje. W tym wszystkim te zagubione dzieci, które nie bardzo wiedzą co tu w ogóle się dzieje. Ponieważ moje dzieciaki nie miały okazji poznać swoich rówieśników wcześniej, były dzisiaj podwójnie zdezorientowane. Tymka ubrałam w koszulkę Vito i Bella, w nadziei, że ktoś do niego zagada na tej podstawie. I nie myliłam się! Zadziałało. Szkoda tylko, że Tymek coś tam wymamrotał pod nosem, zamiast entuzjastycznie rozpocząć nową znajomość. Całe szczęście jego nowy kolega nie wziął tego do siebie i radośnie paplał niezrażony o swoich ulubionych odcinkach. Zaproponowałam Tymkowi, że może usiądzie obok nowego kolegi, na co on odparł „już będę siedział, gdzie usiadłem”. O ludzie, nie ułatwiasz mi synu! Musiałam w tej sytuacji obdarzyć go spojrzeniem mówiącym: „bierz plecak i siadaj koło kolegi jak matka każe ty mały potworze”. Podziałało. Usiadł i z kamiennym wyrazem twarzy słuchał opowieści swojego nowego kumpla. Ok, skoro tu już załatwiłam sprawę, mogłam wrócić do klasy Emilki. Kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam moją małą dziewczynkę, która siedzi samotnie przy stoliku, dokładnie tak jak ją zostawiłam dziesięć minut wcześniej , serce mi pękło. Każdy kto zna Milę, wie że to taki typ człowieczka, który wszystkich owija sobie wokół palca, przy okazji opowiadając historię swojego życia. Nie pomijając takich detali jak to, że kiedyś miała dreny w uszach, a ostatnio była u dentysty i dowiedziała się, że ma wszystkie zęby zdrowe, za co została nagrodzona plastikowym pierścionkiem, który to złamał się dokładnie pół godziny później. A teraz siedzi sama, przestraszona i nie bardzo wie co ze sobą zrobić. Kiedy mnie zobaczyła, podbiegła i powiedziała, że ona nie za bardzo chce tu być. No tak. Tutaj nie ma cioć, które na dzień dobry dają wielkiego buziaka i przytulają tak długo jak dziecko tego potrzebuje. Tu jest pani, które jeszcze chyba słowem się do niej nie odezwała, bo zajmuje się rozdawaniem rodzicom jakiś boxów, z którym, szczerze mówiąc nie wiem co mam zrobić. Udało mi się jakoś przekonać Emilkę do pozostania w klasie, argumentując to tym, że tuz za ścianą jest Tymek i jak będzie przerwa to może poprosić panią żeby go zawołała. To wyraźnie ją odprężyło. Pani zauważyła, że mamy tu jakiś problem, podeszła do nas, wzięła Emilkę za rękę i zaprowadziła do pozostałych dzieci. Odchodząc słyszałam coś o drenach i o tym, że mieszkaliśmy wcześniej w Kielcach. Uf…jakoś to poszło.

Skoro dzieci już są w klasach to ja niestety nic więcej nie mogę zrobić. Wyszłam ze szkoły i ruszyłam w stronę parkingu. Zastanawiałam się zupełnie poważnie  czy by sobie w samochodzie trochę nie popłakać, tak żeby zapieczętować ten poranek, „zasejwować” łzą, ale w samochodzie obok siedziała inna matka, która dziarsko pożerała ogromną kanapkę, rozmawiając żywo przez telefon i jakoś moje szlochy wydały mi się być nie na miejscu. Wróciłam do domu i zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy raz jestem tu całkiem sama. Ale o tym innym razem.